Prawdziwa historia Misia o Bardzo Małym Rozumku

wpis w: Bezcenna klasyka | 0

Dzisiaj będzie o Misiu, którego wszyscy znają. A może tylko nam się tak wydaje? Dzisiaj napiszę o Kubusiu Puchatku. Nie, nie o pomarańczowym niedźwiadku w czerwonym serdaczku, ale o Misiu wymalowanym delikatnym piórkiem Ernesta H. Sheparda w książeczce A.A. Milne „Kubuś Puchatek”. Czytaliście ją swoim dzieciom? Ciągle się zastanawiam, czemu w moim domu wydarzyło się to tak późno! Nie popełnijcie tego błędu. Sięgajcie po „Kubusia” z waszego dzieciństwa i poczytajcie swoim cztero- i pięciolatkom. Zanim obejrzą filmy Disneya, niech poznają prawdziwego Misia o Bardzo Małym Rozumku.

Myślę, że wiem, dlaczego „Kubusia Puchatka” Alana Alexandra Milne przeczytaliśmy dopiero niedawno, kiedy mój starszy synuś ma lat 10, a młodszy jest prawie ośmiolatkiem. Dzieci ze wszystkich stron bombardowane są Misiem o wdzięcznym imieniu Winnie-the-Pooh w wydaniu Walta Disneya. Pomarańczowy Miś wraz z przyjaciółmi jest i w telewizji, i w kinie, i w kolorowankach, i na ubrankach, a nawet na kubkach i talerzykach. Nie ma chyba przedszkolaka, który nie zna Kubusia Puchatka. Tego Kubusia Puchatka. Nie chcę wcale powiedzieć, że Kubuś stworzony przez Walta Disneya jest gorszy, czy brzydszy. To sympatyczny, głupiutki niedźwiadek, podobnie jak jego pierwowzór. Jest mi tylko trochę smutno, że niemal całkowicie zastąpił on przesympatycznego bohatera, którego powołał do życia A.A. Milne. I jest mi bardzo smutno, że stało się tak też w mojej rodzinie. [selkar id= 145498 ]Na szczęście „Kubuś Puchatek” nie zniknął z listy lektur szkolnych. „Mamo, mamy „Kubusia Puchatka”? – spytał pewnego dnia mój drugoklasista. „Co to za pytanie? Jasne, że mamy!” Takie to było dla mnie oczywiste. Dla mnie, ale nie dla mojego synka. W końcu nigdy nie pokazałam mu książki, którą sama jako dziecko czytałam wielokrotnie. Lektura „Kubusia Puchatka” była wielką radością i dla moich dzieci, i dla mnie. Najmłodsza, trzylatka słuchała „jednym uchem”, ciut za dużo tekstu i za mało ilustracji. Chłopcy byli zauroczeni, a ja wzruszona. „Kubuś Puchatek” posłużył nam także, jako przykład trudnej sztuki tłumaczenia literatury. Zdjęłam bowiem, z półki jeszcze jedną książkę, niby tą samą, a inną – „Fredzię Phi-Phi”. To też „Winnie-the-Pooh” A.A. Milne, tyle, że w przekładzie Moniki Adamczyk-Garbowskiej. Nie ma tu Krzysia, Kłapouchego, Kangurzycy i Maleństwa. Jest za to Krzysztof Robin, Ijiaa, Kanga i Gurek. I nie ma Kubusia, jest za to Fredzia. Ta wersja książki Milne nigdy nie dotarła do masowego czytelnika, chociaż wcale nie uważam, żeby była gorsza. Wręcz przeciwnie, pod względem jakości tłumaczenia i jego zbieżności z oryginałem, wersja Adamczyk wypada dużo lepiej niż klasyczne tłumaczenie Ireny Tuwim.

Los Fredzi wydawał się jednak przesądzony. Tłumaczenie Tuwim trafiło do kanonu literatury dziecięcej i nikt nie zastanawiał się, czy jest wystarczająco wierne oryginałowi. Wszyscy pokochali Kubusia Puchatka, a Fredzia Phi-Phi nie ma w tym starciu większych szans, nawet jeśli tak naprawdę jest tym samym Misiem. My Fredzię przeczytamy już niedługo, a wtedy obiecuję zrelacjonować reakcję moich chłopców na Misia w wydaniu żeńskim. Zresztą nie ważne, czy przeczytacie dzieciom o Kubusiu, czy o Fredzi, dowcipna, pełna słownych gierek opowieść Milne z pewnością przypadnie im do gustu.

Kubuś Puchatek
Autor: A.A. Milne
Ilustracje: Ernest H. Shepard
Tłumaczenie: Irena Tuwim
Nasza Księgarnia, 1980

Też Cię zaciekawi:

Zostaw Komentarz