Mamapisze – ferie

wpis w: Mama pisze | 0

tonale2Zima, śnieg, stok narciarski, słońce – żyć nie umierać, carpe diem, to jeden z moich pierwszych porannych zjazdów. Jadę szybko i pewnie. Narciarstwo to dla mnie synonim wolności. Sunę kilka kilometrów trudną, czarną trasą i dojeżdżam lekko zmęczona do stacji „kanap.” Mam zamiar pojechać do góry i powtórzyć  trasę. W moich okularach odbijają się skaliste wierzchołki górskich szczytów. Słońce przyjemnie głaszcze zmarznięta twarz. Tuż przed bramkami do kanap odwracam się i spoglądam na małe, spiczaste domki i wieżę kościoła tworzące tą niewielką górską miejscowość. Uśmiecham się do myśli, że wieczorem pójdziemy tam w poszukiwaniu jakiejś miłej restauracji z dobrym winem. Wakacje. Wtedy kątem oka dostrzegam leżącego zaledwie kilka metrów ode mnie mężczyznę. Wygląda na około pięćdziesiąt lat, ogorzała od górskiego słońca i wiatru twarz, obok narty, kije i … dwie osoby przeprowadzające reanimację. Jeden ratownik przeprowadza masaż serca, drugi pompuje powietrze. Raz, dwa, trzy ugina się klatka piersiowa pięćdziesięcioletniego narciarza, pssyt, psssyt, psssyt syczy pompa z tlenem.

Reanimacja odbywa się tuż obok stacji przesiadkowej, ale my narciarze stojący obok, jej nie zauważamy, patrzymy na stromy stok, przechodzimy przez bramki i siadamy na kanapach wwożących nas na szczyt góry. Czy ten człowiek też przed chwilą jechał tą samą trasą, co ja? – zastanawiam się. – Czy był równie zafascynowany swoją prędkością, gładkością carvingowych skrętów i pięknem przyrody wokół? Jaka była jego myśl sprzed utraty świadomości? Posyłam mężczyźnie krótką modlitwę, przechodzę przez bramki i wjeżdżam na górę. Po chwili słyszę sygnał karetki. Och wiem, że tak wciąż się zdarza, ale tego dnia popadam w zadumę. Jadę do moich najbliższych i mocno ich przytulam. Taki dzień, chwila.

Też Cię zaciekawi:

Zostaw Komentarz