Ziutek

wpis w: Mama pisze | 0

smokZachęcona konkursem Ryms’a napisałam opowiadanie dla moich córek i poniekąd o moich córkach:

Tymczasem śnieg wciąż padał. Sięgał już niemal do pierwszych pięter budynków. Większość korytarzy, którymi przemieszczali się mieszkańcy miasta, zamieniła się w tunele. A my, jedna za drugą popychałyśmy nasz wózek ze smokiem. – Byle się nie obudził – usłyszałam za sobą głos Najstarszej. – No tak, jak smok się obudzi, to będzie nieźle – pomyślałam.

Wyobraziłam sobie, jak Ziutek się budzi, przeciąga rozkosznie, wypręża swój zielony ogon i zaczyna czkać ogniem… A musicie wiedzieć, że smocze czkanie ogniem w centrum miasta, wśród tłumu przechodniów przeciskających się tunelami pośród zwałów śniegu, może spowodować niezłą panikę. – Może byśmy przynajmniej trafiły do wiadomości telewizyjnych – rozmarzyła  Średnia. – Potem kurcgalopkiem do reklamy i zarobimy na wakacje w Australii – kontynuowała zza pleców moich i Najstarszej. – Bolą mnie nogi – oznajmiła Najmłodsza. To było do przewidzenia, bo Najmłodsza nie lubiła pieszych wędrówek. Co innego rajdy rowerowe, czy podróż hulajnogą. Wędrówkom pieszym mówiła jednak stanowcze NIE. Niestety tak rower, jak i hulajnoga w śniegu się nie sprawdzają, więc musiała dziś chodzić na własnych nogach. Jako kobieta konsekwentna stanęła, tupnęła zaśnieżonym kozaczkiem i odmówiła dalszego spaceru. No to stanęłyśmy wszystkie. Wędrowaliście kiedyś wąskim tunelem w śniegu? Pewnie nie, wyobraźcie więc sobie, że takie tunele są z reguły jednoosobowe i raczej jednokierunkowe, przy czym kierunek nadaje większość (mniejszość próbująca przebić się w druga stroną musi rozpychać się łokciami). Kiedy więc Najmłodsza, moja niespełna czteroletnia córka, odmówiła dalszego wędrowania, zablokowałyśmy skutecznie tunel. A szłyśmy w następującym ustawieniu: na przedzie ja – Mamma popychająca czerwony wózek (po Najmłodszej) a w nim śpiącego i pochrapującego zielonego smoka (ale o smoku cicho, to tajemnica). Za mną Najstarsza, potem Średnia, za nią właśnie Najmłodsza. Nasz rodzinny pochód zamykała Młodsza, osóbka siedmioletnia, która chętnie wędrowała i cechowała się nad wyraz optymistycznym i filozoficznym podejściem do życia. Stanęłyśmy. Zza pleców Młodszej rozległy się niecierpliwe pomruki innych przechodniów. Cóż, zablokowałyśmy tunel. – Pani, pani, no ruszajże się. Stanęła i blokuje, a człowiek do domu się śpieszy Staremu obiad ugotować. Po coś pani wychodziła z tą czeredą dzieci w ten śnieg. I jeszcze dzieciaka w wózku zamrozisz. Zimno jest przecie – gderała jakaś niecierpliwa pani po pięćdziesiątce. Starałam się reagować szybko i sprawnie. Zatrzymałam wózek, odwróciłam się, przecisnęłam się obok Najstarszej, minęłam Średnią i uśmiechając się do Młodszej, wzięłam na ręce Najmłodszą. Wykonałam zwrot i brnęłam z powrotem w kierunku wózka. Przy okazji, przeciskając się w tym śnieżnym tunelu, trąc siedzeniem o śniegową ścianę, zebrałam sporo śniegu pod kurtką. Śnieg ten, nic sobie nie robiąc z mojego matczynego poświęcenia, powędrował w dół, pod spodnie, wprost do gatek. – Brrr- wzdrygnęłam się. – To co, Najmłodsza posadzę Ciebie na chwilkę na wózku, ok.? – zagadnęłam Najmłodszą. – Ale potem będziesz musiała już iść sama, bo nie wiem, czy długo dam radę tak pchać ten wyładowany wózek. – Najmłodsza uśmiechnęła się słodko zadowolona choć chwilową podwózką. I właśnie wtedy, gdy już niemal ruszyłyśmy, odblokowując tunel, obudził się Ziutek … –Któż to Ziutek? Co to za jeden? – zapytacie. No cóż, Ziutek, to smok. Wiem, wiem, podobno smoki nie istnieją i tak dalej, ale my właśnie tego zaśnieżonego dnia wiozłyśmy w dziecięcym wózku smoka. Nie mogłyśmy wybrać się w tę podróż samochodem, bo poza utrudnieniami komunikacyjnymi wynikającymi z nagłych, niespotykanych od lat, ogromnych opadów śniegu, podróż jakimkolwiek pojazdem mechanicznym w towarzystwie Ziutka była bardzo, bardzo niebezpieczna. Próbowaliśmy raz i prawie zginęliśmy. Wyobraźcie sobie, że Ziutek, smok raczej spokojny i grzeczny, od dzieciństwa, od wczesnego jajka, cierpi na czkawkę. A jak wiadomo z bajek, legend i podań ludowych, smoki posiadają niezwykłą umiejętność ziania ogniem. Czkawka wzmagała te zdolności i czyniła je niebezpiecznymi. Raz wybraliśmy się z Ziutkiem na samochodową wycieczkę za miasto, Ziutek czknął, buchnął niespodziewanym ogniem i stopił pół kokpitu w samochodzie … Żadne ubezpieczenie nie pokryje strat. A co by było, gdyby Ziutek trafił w bak z paliwem? Strach uruchamiać wyobraźnię. Od tego pamiętnego dnia, nie wozimy Ziutka pojazdami mechanicznymi, no i nie mamy auta (niestety). Ale, ale, chyba zapomniałam wyjaśnić jak Ziutek pojawił się w naszej rodzinie. Przepraszam. Otóż, edukując dzieci, zasypując je popularnonaukową literaturą, rozwijając ich pasje, nigdy nie zdawaliśmy sobie z mężem sprawy, że w ten sposób doprowadzimy do … pojawienia się w naszej rodzinie smoka. Otóż, minione wakacje spędziliśmy na Islandii. Jest to cudowna wyspa pełna wulkanów, lodowców, niesamowitych sandurów, krajobrazów zapierających dech w piersiach itd. Przed wyjazdem dzieci zarządzały literatury dotyczącej geologii i paleontologii. Przez cały wyjazd były niezwykle grzeczne (to powinno wzbudzić naszą czujność, ale nie wzbudziło niestety). Pieczołowicie wędrowały po islandzkim interiorze, znosiły trudy wspinaczki na lodowce, pływały po lodowej lagunie, wędrowały pośród skalnych sandurów. Przy okazji analizowały teren, coś tam kopały, badały skały, dotykały gorącej ziemi, nad wyraz interesowały się popularnym na wyspie earth cooking. Tak minęły ponad dwa tygodnie urlopu. Wracaliśmy do Polski z bagażem niesamowitych przygód, przepięknymi zdjęciami krajobrazów, cudnymi wspomnieniami i różnymi pamiątkami – skałami wulkanicznymi itp. Okazało się, że nasze niezwykłe córki przywiozły z wyspy jeszcze jedną pamiątkę – wydobyte z ziemi gdzieś w okolicy Landmannalaugar jajo. Jajo przemknęło niezauważone przez celników razem z nami drogą lotniczą dotarło do Gdańska. Następnie dziewczęta umieściły je wśród poduszek i pluszaków, gdzie dojrzewało w ciepełku. We wrześniu córki wyruszyły dziarsko do placówek edukacyjnych. Najstarsza do szóstej, Średnia do trzeciej, a Młodsza do pierwszej klasy. Najmłodsza spakowała kocyk, poduszkę, ubrania na zmianę, szczoteczkę i pastę do zębów i rozpoczęła karierę przedszkolaka. W domu zostałam tylko ja z naszym poczciwym psem Lupusem. Właśnie zasiadałam przed komputerem, żeby napisać recenzję książki, gdy zwrócił moją uwagę hałas dobiegający z pokoju Średniej. Pewnie już wiecie, co się stało … Oczywiście, smok się wykluł. Piękny, jaskrawozielony Ziutek dołączył do naszego rodzinnego stada drugiego września o godzinie 8.15. Nie będę opisywać całego zamieszania i rwetesu, który nastąpił później. Koniec końców, okazało się, że nasze córki przygotowały się bardzo starannie do wakacji na Islandii. Przeczytały kilka zbiorów sag, cztery przewodniki, trzy książki o geologii, dwie o paleontologii i wytypowały miejsce na wyspie, gdzie mogą kryć się smocze jaja. No i tak sprowadziły Ziutka do naszego domu w Gdańsku. Z biegiem dni Ziutek się zadomowił, zaprzyjaźnił z psem i najbliższą rodziną. Ma swoją derkę tuż obok psiej. Jada owoce i warzywa. Nie chce tknąć mięsa. Z reguły jest grzeczny i posłuszny. Chętnie pomaga rozpalać w kominku. Trzeba przyznać, że przepięknie bucha ogniem. No właśnie, tu docieramy do powodu naszych zmartwień i zimowej wędrówki z Ziutkiem w wózku przez zasypane śniegiem chodniki Oliwy – czkawka. Ziutkowa czkawka okazała się bardzo niebezpieczna (znacie już opowieść o samochodowej wyprawie za miasto). Smocze czkanie ogniem w domu doprowadziło do kilku niewielkich wprawdzie, ale potencjalnie niebezpiecznych pożarów. Spłonęła psia derka, osmoliło ścianę, nadpaliły się podręczniki szkolne Najstarszej i roztopiły plastikowe figurki My Little Pony Najmłodszej. Po długich naradach i poszukiwaniach, postanowiliśmy ujawnić się z naszym smokiem i udać z nim na konsultację do znawcy gadów (choć pewnie ten nigdy wcześniej nie zetknął się ze smokiem), pracownikiem gdańskiego ogrodu zoologicznego. Odbyłam z nim rozmowę telefoniczną i wydał mi się miły. Co prawda nie do końca wyjaśniłam mu, że chodzi nam o smoka, ale po ostatnim podpaleniu psiej derki, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy udać się na konsultację. Pech chciał, że tego dnia mąż musiał wyjechać w delegację i do Oliwy wybrałam się ze smokiem jedynie w towarzystwie czterech córek. Na dodatek od kilku dni padał śnieg i to padał w ilościach niewiarygodnych. W całym mieście służby porządkowe utworzyły sieć tuneli, którymi przemykali przechodnie. Wracamy więc do chwili, gdy Ziutek się przebudził, ziewnął i łypnął na mnie swoimi pięknymi szafirowymi oczami. Najmłodsza, siedząca okrakiem na wózku zawołała – Cześć Ziutek. Fajnie, że się obudziłeś! Zobacz ile śniegu dookoła! – Wtedy zza placów dobiegły nas głosy przechodniów, których konsekwentnie blokowałyśmy sobą i wózkiem i którzy stracili cierpliwość. – Niech pani w końcu się ruszy! Po coś pani z tymi dzieciakami na ten śnieg wyłaziła! Nie dość, że ma tyle dzieci, to jeszcze porządnym ludziom drogę blokuje! Przesuwać się! – W tym momencie pewna niecierpliwa pani w towarzystwie równie niecierpliwego pana, postanowili się przepchać. W tym celu użyli łokci. Przewrócili stojącą na końcu naszego rodzinnego peletonu Młodszą, szturchnęli w bok Średnią a Najstarszej się dostało w twarz torebką niecierpliwej pani. I tego Ziutek nie wytrzymał. Zapomniałam wam wspomnieć, że Ziutek, to bardzo dobrze wychowany smok. Tak, jak niektórzy z was mają uczulenie dajmy na to na laktozę, czyli nie mogą pić mleka i jeść mlecznych przetworów, tak Ziutek nie znosił chamstwa. Nawet nie zdążyłam zareagować. To się stało w ułamku sekundy. Ziutek wyleciał z wózka, wzniósł się na wysokość czwartego piętra a następnie wykonał cudny zwrot i zapikował wprost na niecierpliwych. Niecierpliwi zakrzyknęli przerażeni. Cóż, byli niestety unieruchomieni w tunelu, co trzeba przyznać ułatwiło Ziutkowi akcję. Znajdował się tuż nad głowami niecierpliwych, gdy wykonał piękny zwrot i buchnął ogniem przypalając niecierpliwym zadki. Rozległ się wrzask, jednocześnie poczuliśmy smrodek nadpalonych ubrań. Zapanował rwetes, ale po chwili zrobiło się cicho – niecierpliwi padli zemdleni. Wstyd się przyznać, po szybkim sprawdzeniu czy żyją (puls i oddech), zostawiłyśmy niecierpliwych zemdlonych w śnieżnych zaspach. Czym prędzej schowałyśmy Ziutka do wózka, odblokowałyśmy wózek i w te pędy uciekłyśmy z miejsca zdarzenia. Najstarsza dla przyzwoitości wezwała anonimowo pogotowie. Pognałyśmy w kierunku zoo na spotkanie ze specjalistą od gadów…

Też Cię zaciekawi:

Zostaw Komentarz