Pantaleon i jego dziewczyny

Henryk Epstein Marseille Streetwalkers, obraz z 1930, źródło: Wikipedia

Książka znaleziona w osiedlowej biblioteczce bookcrossingowej. Czekała na mnie dosyć długo. Trafiła na “przyłóżkowy” stosik, na jego sam dół i przeleżała ładnych kilka miesięcy. Zniknęła, bo taka niepozorna, niewielka, cała czarna. “Pantaleon i wizytantki” Mario Vargas Llosa zaskoczyła mnie od pierwszej strony.

Dedykacja przywołała PRL-owskie klimaty i wywołała uśmiech. 

Ale naprawdę uśmiałam się dopiero, kiedy zaczęłam czytać. Historia co najmniej zaskakująca. Świetnie zapowiadający się wojskowy, tytułowy kapitan Pantaleon, otrzymuje niecodzienny rozkaz. 

Jednostki  stacjonujące w amazońskiej dżungli sieją spustoszenie w okolicznych miasteczkach i wioskach. Napastują i gwałcą młode (i nie tylko) dziewczyny. Żołnierzom nie służy izolacja oraz wilgotny, gorący klimat.  Dowództwo ma nie lada problem. Miast respektu, wojsko wśród okolicznej ludności budzi przestrach. Trzeba działać.

Pantaleon to przykładny żołnierz i świetny organizator. Dlatego to właśnie on otrzymuje niecodzienną misję. Musi zorganizować w puszczy “służbę wizytantek”, a tłumacząc na nasze – po prostu burdel. Misja to ściśle tajna, dlatego wraz z niczego nie świadomą, nadopiekuńczą matką i kochającą żoną Pantaleon wyrusza do Iquitos, by powołać do życia działający jak w zegarku wojskowy dom publiczny.

Teraz rozumiecie, dlaczego dedykacja w książce jest zupełnie wyjątkowa. Wyjątkowe jest też to jak Llosa napisał swoją powieść. To zaskakująca mieszanka stylów. Chaotyczny dialog, który odbywa się niejako w różnych miejscach jednocześnie, miesza się z wojskowymi sprawozdaniami, artykułami prasowymi i pochwalnymi listami od zadowolonych konsumentów usług Służby Wizytantek przy Garnizonach, Posterunkach Granicznych i innych Obiektach. Czyta się to na początku dość ciężko, ale kiedy wpadniemy w wyjątkowy rytm powieści, lektura jej to prawdziwa przyjemność.

Równolegle do opowieści o narodzinach służby wizytantek, toczy się opowieść o sekcie, która w imię wiary dopuszcza się niezwykłej brutalności. Bractwo Arki porywa za sobą niezliczone tłumy, krzyżując najpierw zwierzęta, potem dzieci. Wszystko w imię walki ze złem. I tak wątek Bractwa Arki przeplata się z wątkiem o Służbie Wizytantek. To tak jakby walka moralności z niemoralnością. Tylko nie bardzo wiadomo gdzie jest jedno, a gdzie drugie.

Uwielbiam literaturę iberoamerykańską. Pulsuje w nich inna energia. Nie ma strachu przed cielesnością. Jeśli jest miłość, to na całego, w rytmie samby czy rumbu. Jeśli nienawiść – to z rzucaniem talerzami i rozdzieraniem szat.

To co najbardziej ujęło mnie w powieści Llosy, to przewrotny humor i pokazanie jak łatwo przekroczyć granice absurdu. Może tylko brakuje jakiegoś bardziej wyrazistego zakończenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s