Bieszczady, Sanok i Beksińscy

Wracam z moich bieszczadzkich wakacji po raz kolejny zauroczona pięknem tego zakątka Polski. Ale przywożę do domu także inne, artystyczne przeżycie. Po drodze w Bieszczady wstąpiliśmy do Sanoka na spotkanie ze Zdzisławem Beksińskim i jego sztuką. Dziś, już w domu, wspominam i sięgam po przeczytaną jakiś czas temu książkę Magdaleny Grzebałkowskiej “Beksińscy. Portret podwójny”. Nie jest to książka o malarzu i jego twórczości. To książka o rodzinie Beksińskich i skomplikowanej relacji ojca z synem. To także w pewnym sensie książka o Sanoku, bo właśnie z tym miejscem splata się historia rodu Beksińskich.

Sanok to spokojne, malownicze miasteczko. U podnóża zamku leniwie wije się malownicza rzeka San. W zamku mieści się Muzeum Historyczne miasta Sanok. To właśnie tej instytucji Zdzisław Beksiński zapisał w testamencie kolekcję swoich dzieł.

Największa na świecie kolekcja sztuki Zdzisława Beksińskiego znalazła dom w niewielkim miasteczku na końcu Polski. Już sam ten fakt pokazuje przewrotny charakter artysty. Czy docierają tu autokary z zagranicznymi artystami? Czyżby Beksińskiemu nie zależało na międzynarodowej sławie?

Wracam jednak do książki. Grzebałkowska zgromadziła solidny reporterski materiał i nadała mu niezwykle ciekawą formę. Historia rodziny przeplata się z transkrypcjami nagrań i filmów z domowego archiwum Beksińskich. To opasłe dzieło czyta się jednym tchem. Autorka spędziła niezliczone godziny przeglądając materiały archiwalne i rozmawiając ze wszystkimi, którzy chcieli rozmawiać. Mnie w książce ujmuje to, że Grzebałkowska uniknęła pokusy skupienia się na sławnym ojcu. Odmalowała ze szczegółami obraz rodziny, na pierwszym planie umieszczając ojca, malarza – Zdzisława i syna – Tomasza, wybitnego radiowca i tłumacza.

Grzebałkowska poświęca ojcu i synowi tyle samo miejsca. Najważniejsza jest tutaj ich relacja. Książkę otwiera list, w którym Zdzisław informuje o śmierci Tomasza i po krótce relacjonuje jej okoliczności. Na ostatnich kartach znajdujemy opis sceny zabójstwa Zdzisława. Taki to portret podwójny. Lektura zmuszająca do zadumy nad zagmatwanym losem rodziny.

Rynek w Sanoku
Rynek w Sanoku

Także Sanok zajmuje na kartach książki sporo miejsca. Nic dziwnego. To w końcu miasto Beksińskich. Pradziadek Zdzisława, Mateusz w latach 40. XIX wieku założył w Sanoku Zakłady Kotlarskie. Dały one początek późniejszej fabryce wagonów i autobusów Autosan, które przez lata zapewniały zatrudnienie całym pokoleniom sanoczan. Z kolein dziadek Zdzisława, Władysław był architektem miejskim i autorem wielu sanockich budynków. Sam Zdzisław od dzieciństwa chciał zostać reżyserem filmowym, ojciec przekonał go jednak, by zdobył najpierw porządny zawód. Zdzisław skończył architekturę.

Swoją karierę zawodową rozpoczynał w zakładach założonych przez pradziadka. Zaprojektował tam niezwykły, modernistyczny autobus. W socjalistycznej Polsce projekt Beksińskiego nie miał szansy trafić na taśmę produkcyjną. Potem przez lata, zanim jego sztuka trafiła na salony, Zdzisław był na utrzymaniu matki – emerytki i żony – anioła.

Drugi z Beksińskich, Tomasz dorastał w domu nieco dziwacznym, zagraconym sztuką ojca. Swoje dzieciństwo i lata nastoletnie w Sanoku wspomina z rozrzewnieniem. To jego raj utracony. W muzeum z głośników leci jedna z nagranych przez artystę rozmów ojca z kilkuletnim synem. “Który obraz najbardziej ci się podoba Tomeczku?” “Ten z panem, który schodzi z krzyża.” Mroczne klimaty towarzyszyły Tomaszowi od kołyski i zostały z nim do samobójczej śmierci.


Na telebimach rozsianych po salach sanockiego muzeum wyświetlane są filmy nagrywane przez Zdzisława oraz reportaże z jego udziałem. W jednym z nich dojrzałam scenę, która wywołała mój uśmiech. Podczas wernisażu podchodzi do artysty dziewczyna i prosi o autograf. “Narysuje mi Pan może jeszcze coś. Jakiegoś kwiatka?” “Kwiatka. Przecież ja nawet nie wiem jak rysować kwiatki” – odpowiada artysta.

Rzeczywiście, oglądając obrazy Beksińskiego trudno wyobrazić sobie, że maluje kwiatki. Jego dzieła to mroczne wizje wymalowane z niezwykłą precyzją. Właśnie ta precyzja mnie zauroczyła. Z daleka obrazy wyglądają jak wydrukowane. Dopiero z bliska widać dopracowane pociągnięcia pędzlem.

Książka Grzebałkowskiej jest precyzyjna niczym obraz artysty. To rzetelne dzieło reporterskie, nie tylko dla miłośników sztuki Zdzisława, czy fanów audycji „Trójka pod księżycem” prowadzonej przez Tomasza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s